Kończysz studia. Masz już pewne doświadczenie zawodowe ale zdobyte zazwyczaj na praktykach zawodowych, w stowarzyszeniach studenckich lub w pracach dorywczych. Dokładnie wiesz jakiej pracy szukasz. Na wstępie przygotowujesz swoje CV. Po przeczytaniu kilku „dobrych rad” jak stworzyć profesjonalną aplikację zabierasz się do pracy. Potem przeglądasz gazety i portale z ogłoszeniami. Przesyłasz swoją kandydaturę na konkretne stanowiska i czekasz...
Mija czas a frustracja rośnie. Codziennie kilkukrotnie sprawdzasz, czy na pewno Twój telefon działa, a bateria jest naładowana. Zastanawiasz się, co można zrobić więcej. Przygotowujesz bardziej profesjonalny profil swojej osoby, czasami krótką prezentację dokonań bądź niestandardowo film o sobie. Przesyłasz do działów rekrutacyjnych i jesteś pewnien, że tym razem napewno ktoś zauważy Twoją aplikację. Znowu mija czas...
Jeśli myslisz, że tylko Ty masz taki problem to jesteś w błędzie. Większość z Nas zna to z autopsji i ja również nie jestem w tej kwestii wyjątkiem. Poszukiwanie pracy to ciężka praca!
Zamiast bezczynnie siedzieć i czekać aż ktoś doceni Twoją wiedzę zdobytą na studiach może warto zrobić jeszcze coś! Osobiście uważam, że nie ma jednej dobrej metody. Każda próba wykazania się własną inicjatywą jest lepsza niż bezczynność. Mogę jedynie opisać swoje doświadczenie w tym zakresie.
Na dobry początek rozpoczełam poszukiwania pracodawcy spełniającego moje oczekiwania. Wybrałam się na wirtualne „Targi Pracy”, aby dowiedzieć się czegoś więcej o aktualnej sytuacji na rynku pracy. Sam fakt, że firma uczestniczy w tego typu wydarzeniach to oznaka otwartości i chęci zainwestowania w potencjał także osób rozpoczynających swóją karierę zawodową. Po znalezieniu firmy, z którą chciałam nawiązać współpracę oczywiście przesłałam swoje CV, potem ponowiłam kontakt z zapytaniem czy moje doświadczenie odpowiada profilowi poszukiwanej osoby. Po kilku dniach w celu przypomnienia się zaproponowałam pomoc przy realizacji projektów. Wiedziałam, że firma poszukuje osóby jedynie na praktyki, co w moim przypadku nie było do zaakceptowania. Skończyłam już studia, odbyłam już bezpłatne praktyki zawodowe oraz miałam już kilkumiesięczne doświadczenie w pokrewnym obszarze. Zrobiłam krok dalej. Mimo że firma nie miała doświadczenia we współpracy z Urzędami Pracy, zaproponowałam swoją pomoc w ramach stażu absolwenckiego. Nie czekając na odpowiedź poszłam do swojego Urzędu i zapytałam miłej Pani w okienku, czy na ten rok mają jeszcze budżet na takie programy. Wyszłam z założenia, że nawet kiedy firma nie korzysta jeszcze z tej formy zdobywania potencjanych pracowników to nic straconego- przecież wynagrodzenie stażysty opłaca Urząd Pracy, a przyszły pracodawca ma z tego tylko same korzyści. Od niedawna przedsiębiorca nie ma konieczności zatrudnienia pracownika po odbytym stażu - to dobra wiadomość dla pracodawcy, ale nie najlepsza dla stażysty. Nie ma pewności, że po kilku miesiącach pracy za małe pieniądze dostaniesz propozycję od firmy o satysfakcjonującym się wynagrodzeniu, ale kto nie ryzykuje ten nie ma.
Ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że organizacja tego typu programu wymaga czasu i oczywiście chęci zebrałam wszelkie potrzebne informacje i dokumenty, które przedstawiłam na spotkaniu w firmie. Uzyskałam wstepną zgodę ze strony firmy na zatrudnienie mnie na umowę o staż. Zarejestrowałam się w Urzędzie Pracy i poraz pierwszy w życiu oficjalnie widniałam w kartotekach jako osoba BEZROBOTNA.
Wszystko zostało ustalone i nagle krach... Okazało się, że nie mogę skorzystać z programu stażowego ponieważ: mam przygotowanie teoretyczne do wykonywania obowiązków na wskazanym w papierach stanowisku, minęło więcej niż dwa lata od skończenia przeze mnie studiów (szkoda, ze nikt nie wiął pod uwagę, że aktualnie nadal studiuję na kolejnej uczelni), nie jestem matką wychowującą samotnie dziecko, nie wyszłam właśnie z zakładu karnego, nie jestem osobą niepełnosprawną itd. No trudno - wystarczy jedynie się cieszyć, że nie spełniam wyżej wymienionych kryterów. No ale co dalej...
Nie rezygnuję - zawsze jest coś co można zrobić, żeby osiągnąć swój cel. Negocjacje trwały chwilę i niestety firma zaproponowała tylko bezpłatną praktykę. No cóż - miesiąc popracuję za darmo i pokażę, na co mnie stać. Minął miesiąc - już wiedziałam, że jestem potrzebna w firmie, ponieważ zaczął się okres urlopowy i niezbędna była pomoc w zakresie monitorowania rozpoczętych projektów. Nadszedł czas na rozmowę, co dalej po praktykach. Zaczęły się twarde negocjacje. Wyszłam z założenia, że po pierwsze wiem, że firma mnie potrzebuje, a po drugie nawet nieźle się spisałam przez ten miesiąc. Po długich rozmowach podpisałam umowę o pracę, w której były zawarte te kwestie, na których najbardziej mi zależało. Nie ukrywam, że z niektórych wymagań musiałam zrezygnować. Dostałam trzy miesiące na przekonanie pracodawcy, że warto mnie zatrzymać. Mija trzeci miesiąc - właśnie dostałam nagrodę za zrealizowanie 156% planu i przydzielono mi obszar, za który mam być odpowiedzialna.
Zapewne ten sposób poszukiwania zatrudnienia nie zawsze zakończy się z sukcesem. Wychodzę jednak z założenia, że lepiej pracować w ramach bezpłatnych praktyk niż siedzieć w domu i zastanawiać się, czemu nikt nie dzwoni z ogłoszenia. Zdobyłam nowe doświadczenie i pracę u wybranego przez siebie pracodawcy. Nie wierzysz - spróbuj. Mnie się udało.